Zbuduję mój statek .

Zbuduję mój statek , zbuduję

Zbiorę drzewa tikowe i inne nadające się

Do budowy statku , potnę , wyhebluję deski

Zbiję je w jedną konstrukcję , utworzę szkielet .

 

Trzon zbuduję odporny i wzmocniony , naoliwię całość

By nie nasiąkała wodą , by sól nie wdzierała się do wewnątrz

Nadamy mu imię Emmanuel tzn. Bóg z nami

I nie straszne nam będą wichury i sztormy .

 

Zawiesimy na maszcie Jego Godło , Całun

Będzie nam przewodził , będzie nas prowadził

I tak doprowadzi nas do domu , do naszych portów

Zacumujemy już u siebie na stałe , zarzucimy cumy i kotwice .

 

Zapadam się w lej !!!

Zapadam się , i nie przestaję się zagłębiać w nim

Lecę w dół , obijam się o jego ściany

Ląduję tylko na chwilę odbijając się

Nic nie pozwala zwolnić , nic nie pozwala wyhamować .

 

Nie ma odpoczynku , nie ma ciszy

Nie ma nic co zadowala , nie ma nic . tylko powietrze

Nie ma nic , tylko cug w dół

Nawet rozejrzeć się nie mogę , gdyż tylko szarość ścian .

 

Żadnego innego koloru poza kolorem powietrza

Tak , neutralny mu na imię

Neutralny go zwą , neutralny , czyli nijaki

Neutralny , czyli żaden , bez cienia , bez światła !

 

Gdzie te kolory ? gdzie załamania ich ?

Gdzie słońce ? Gdzie jego ciepło ?

Gdzie plaże słoneczne ?

Gdzie piasek co przesypuje się między palcami ?

 

Gdzie to wszystko znajdę ? Gdzie odnajdę wydmy ?

Gdzie moje lasy ukochane ? Gdzie ziemia ma obiecana ?

Gdzież mam szukać ? Gdzie rozglądać się ?

Gdzie pójść ? Jak się wyrwać z tego leja ? Z tej przepaści ?

 

Pomóżcie przyjaciele , bliscy . Gdzież mam szukać pomocy , gdzież ?

Czy pozostanę zawsze sam ? Zawsze będę się tylko zapadał ?

Gdzie wytchnienia brak ? Gdzie oddechu szukać ? Gdzie ?

Jak spojrzeć Ci w twarz nadziejo moja ? Miłości moja ?!

 

Znalazłem się w ślepej uliczce !

Nic nie wskazywało , że na niej się znajdę

Że doprowadzę się do tej drogi bez wyjścia

Gdzie tylko ściana przede mną

Gdzie tylko mur przed mymi oczyma .

 

Jak wydostać się z niej , jak dostrzec blask ?

Jak obrócić się i zobaczyć inne możliwości ?

Jak nie dać się stłamsić ? Jak nie dać zabić w sobie tego co już prawie martwe ?

Jak wyrównać rachunki ? Jak stać się wolnym ?

 

To są pytanie , które sobie zadaję

To są pytania , to jest poszukiwanie

To jest odnalezienie w szukaniu

Nie spocznę , nie poddam się , choć sił mało , choć nie ten zapał , choć nie ten intelekt .

 

 

 

 

 

Nie oddalaj się życie ode mnie !

Nie pozwól życie uciec ode mnie

Nie pozwól zatracić mi się w beznadziei

Nie pozwól ! Nie daj zejść na bezdroża

Nie pozwól zniknąć mi z horyzontu .

 

Nie oddalaj się ode mnie

Nie mów mi życie , że już nic więcej mnie nie spotka

Nie okłamuj , że to brzeg rzeki i  ” To już koniec drogi ! ”

Nie mów ; ” Nic więcej nie zrobisz , nic więcej nie możesz ! „.

 

Może mógłbym Ci uwierzyć , ale nie mogę

Nie potrafię uwierzyć , nie przyjmuje tego do swego życia

Nie biorę tego do siebie , do tego co ma się wydarzyć

Co mi mówisz życie jest nieprawdziwe , nieszczere .

 

Nie będę brał Twych słów jako pewnika , jako prawdy

Nie pozwolę , by one zapanowały nad moim życiem

By zwiodły mnie , by oszukując doprowadziły nad brzeg rzeki

Nie po to ufam , nie po to się modle , nie po to nadzieją wypełniam wszystko co mam .

 

Byś Ty swoimi słowami mnie zwodziła , okłamywała

Nie podążę za nimi , nie pójdę ich śladem , ich drogą

Choć nie dostrzegam nowej drogi , lepszego życia i idę

Jakbym miał opaskę na oczach , to i tak wolę iść drogą trudną .

 

Im bardziej będzie ciężko , tym bardziej ufam , ze ona prowadzi do właściwego celu

Nie poddam się , nie wykonam uskoku , by nie zbłądzić , gdy twarz ozdobiona śladami drogi

Gdy kurz i pył malują obrazy , na nic utyskiwania i lament

Drogą mi pieśń i i duch .

 

Gy biorę siekierę mą w dłonie me

Wióry lecę , gałęzie opadają

Wszystko wiruje

Nic nie jest w próżni .

 

Nadlecą ptaki , wzbiją się w przestrzeń

Ulecą nad naszymi głowami

Tworząc klucz , wyznaczając kierunek

Nie opadną z sił , nie zbraknie im wiatru , szybować będą na wschód .

Gdyby człowiek mógł , tak wziąć tylko worek i pójść na pustynię .

Gdyby człowiek mógł , tak wziąć tylko worek i pójść na pustynię .Nie oglądając się na nikogo , nie oglądając się na zwierzynę . Nie patrząc na węże i skorpiony . Mający tylko głowę spuszczoną , owiniętą turbanem , osłaniającą głowę przed piaskiem i słońcem . Słońce praży , wiatr próbuje rozerwać na strzępki ostatnie kawałki krzaków , próbuje też przegonić ostatnich ” biegaczy pustynnych ” . Rozpędza te kule utworzone z odłamków krzaków do nieograniczonych niemalże prędkości . Człowiek , nie jest w stanie ich dogonić , chyba tylko gepard może się z nimi mierzyć ! Nieustraszone kule , nic nie robiące sobie z otaczającej przyrody , zwierząt , a tym bardziej ludzi . Musiałbym się skulić , a najlepiej schować się w najmniejszej choćby jaskini , by przebyć noc . Choć na chwilę złapać oddech , choć na chwilę dać odpocząć oczom piaskowym . Trzeba byłoby zwinąć się w rulon , w kłębek , by dać sobie ciepło w otaczającej zimnej nocy . Jedno co choć w nikły , ale jednak skuteczny sposób daje nadzieję to te gwiazdy rozświetlające niebo . I ma się wrażenie , że nawet zwierzęta zachwycają się nimi . Usta spieczone , to nic , że popękane , to nic , że prawie martwe i sztywne . Dłonie zbijają się w pięść , gotowe do natarcia w razie zagrożenia . A ono czyha , zapewne pojawi się jak zwykle niespodziewanie i jak zwykle ze strony , z której się najmniej spodziewasz . Musisz być gotowy , nie oglądać się , nie bać się . Musisz stawić temu czoła , choć się pochylisz , a nawet skulisz , mimo wszystko nie kul się , mimo że to cię spotka . Rozprostuj dłonie , by ją ponownie złożyć by odseparować uderzenie , by już nigdy sępy nie miały do Ciebie dostępu , byś nigdy nie uciekał , byś wiedział jaka jest Twoja wartość , by siła przyszła , ta która jest w Tobie .

Gdy wysiądę z mego pociągu …

Gdy wysiądę z mego pociągu , w którym tak długa podróż zaliczyłem

Nic już nie będzie takie same , takie swojskie , takie bliskie

A stanie się takie odległe , zapomniane i niedostępne

I tak już zostanie , nawet owoce jabłoni tego nie zmienią .

 

Nawet smak jabłek , skórki , czy pestek nie da smaku lata , czy wiosny

Na cóż wpatrywać się w dal , w słońce , w niebo

Skoro ciemne chmury przysłaniają wszystko , nawet słońce

Nic nie zwróci blasku , nic nie odda już tego co było , nic nie przywróci tego co było .

 

Więc po co się starać ? Nadwyrężać siły , siebie samego

Nic nie zmieni się , nawet ja sam , nawet ptaki już nie wrócą te które odleciały na południe

Rok i wcześniej temu , po co marzyć , mieć nadzieję i tak nic się nie odmieni

Na cóż wypatrywać ? Na cóż rozglądać się skąd może nadejść dobro .

 

Wszystko już było , najlepsze odeszło i nie wróci , przecie nic nie dzieje się dwa razy

Nic nie powtarza się , nigdy nie wraca , lepiej stać się jak słup soli , jak beczka pusta

Co byś do niej nie wlał , nie włożył , ona sama w sobie się nie zmieni

Pozostanie zawsze bezowocna i pusta , tylko echo pozostanie , tylko świst przy uchu .

 

Jedynie może zmienić zapach , kolor , tylko sęki się bardziej uwidocznią

Już młodego wina w nie nie wlejesz , jedynie na kapustę się nadaje

Skrzypi stara bania , turlają ją , odstawiają na bok , zakurzona stoi

I w blasku słońca nigdy już skąpana nie będzie , zapomniana bania .

Wsiadam do pociągu …

Wsiadam do pociągu

Nie ma szyb , nie ma drzwi

Wszystko na głucho zamknięte

Mimo tego wszędzie widno .

 

Mimo tego wszędzie jasno

Nie ma lamp

Nie ma ognia

Jakby słońce było wszędzie .

Wjeżdżamy pociągiem w góry

Na najwyższych szczytach zalega śnieg

Słońce przez szyby ogrzewa

W dzbanie czaj , a na stole chleb .

 

Nic sobie nie robi natura z maszyn

Ona pracuje swoim rytmem

Swoimi porami roku

Z wolna nabiera tempa wiosna .

A ja , rozdrażniony biegłem jej na przeciw .

A ja , rozdrażniony

Biegłem jej na przeciw

Na przeciw skałom , wyłomom

Na przeciw nieznanemu .

 

Biegłem i nie przestawałem

Biegłem i gromiłem me myśli

By nie pozwolić zapomnieć o sobie

By podążać szlakiem do celu .

 

Nic bardziej nie kochałem

Niczego bardziej nie pragnąłem

To co mi przyświeca całe życie

Co mnie popycha , by tam dojść .

 

Na cóż mam zwalniać ?

Na cóż zbaczać i zapomnieć ?

Czy też dobiec nie mam ?

Czyż nie czekać mam ? Tam mój skarb , moja ziemia !

 

* tytuł wpisu zaczerpnąłem ze słów książki ” Ultra Maratończyk ” Deana Karnazesa .

 

 

Pozbierać i posklejać rozbity dzban !

Rozsypał się w drobny mak

W tysiące kawałków się ułożył

Tak , sypło się moje życie

Mój ogród , mój dom , mój czas .

 

Drobinki wbijają się w moje dłonie

Drobne jakby nakłucia , akupunktura ? hm

Wyciągam je z traw , palcami oram ziemię

Zbieram wszystko w jeden kosz .

 

Jeszcze nie jest nazbyt ciężki

Nazbyt nie jest wielki

Taki z wikliny upleciony

Jakby to moje życie było tak silnie splecione !

 

Nie puszczę z rąk mego kosza

Choć w kawałki rozsypane

Choć nie dane mi wrócić do domu

Choć opluwają me skronie , sądzą mnie .

 

Nic to nie znaczy , nic to , nie nazbyt głębokie rany

Muszę się zebrać i ruszyć w drogę

Mam jednego przewodnika

Jednego Pana , Jemu ufam i się nie zawiodę !!!

Wędrowiec .

Było zimno , deszcz zacinał drobny , ale na tyle intensywnie , że przemoczył i tak grube bardzo palto naszego wędrowcy . Dookoła ciemno , noc na niebie , chmury ciemne , gwiazdy migoczą w oddali i księżyc zaczyna pojawiać się na skłonie nieba . Nasz wędrowiec trzęsie się z zimna , nawet skarpety ma mokre . a na butach ciężar wielki tworzą krople deszczu .  Mimo tego , że nasiąknięty , przesiąknięty do szpiku maszeruje ; zapewne dużo wolniej . Mimo tego on tego nie czuje . Jedynie , gdy rękawem przetrze twarz czuje ciężkość ruchów . I tak skąpany szuka odpoczynku , schronienia . Na razie nie może dostrzec żadnego azylu . Brnie w tym błocie , a błoto jak klej się lepi do podeszw . Tak , to jest jedyna melodia jakiej doznaje , ona mu rytmem piechura . Gdy zza zakrętu dostrzega wieś pojawia się nadzieja na odpoczynek i może jakiś obrzynek . Rozgląda się skupiony , by go kto nie dostrzegł i nie spłoszył . Na końcu wsi zauważył mały bardzo stary domek , a tam obok szopa mała . Gdy tam się wgramolił , ulokował się w kącie , znalazł trochę starych szmat i wtulił się w nie . Jeszcze wcześniej rozglądał się za czymś na ząb , ale nic nie znalazł i tak choć to jego nie pierwsza noc bez prowiantu , ułożył się na wpół siedząc i zasnął .

Obudził go ziąb ziejący ze szpar w ścianach . Ledwo co prostuje dłonie i ramiona , patrzy a przy jego boku strawa , twaróg , czaj i chleb . Pierw rozejrzał się w około i przyglądał się przez szpary na zewnątrz , a tam cisza i nima nikogo . Wziął się za pałaaszowanie . Gdy tak objadł się przetarł dłonią gębę swą i uśmiechnął się . Napełniony i weselszy przyłożył łeb swój do szmat i ponownie zasnął .

Przerażony , zerwał się choć lekko chwiejąc na nogi , gdyż siedziała starucha przy nim gdy on spał .

- Czego się lękasz człowiecze ? Spytała starucha .

- Cóżeś za jedna ?

- Ty mnie pytasz ktom ja ? Przecie Ty w mej szopie śpisz . Odpowiedziała gospodyni .

Wędrowiec , oprzytomniawszy z trudem zaczął się tłumaczyć .

- Jam nie , nie chciał nic , tylko kąta trochę . Zaraz sobie pójdę …

-Widzę , żeś płochliwy człek . Ja Cie przecie nie wyganiam na ten ziąb i deszcz . Wejdź no proszę do mej sieni , a tam ciepły piec i skwarek ciepłych odgrzeję .

 

* czekaj proszę na dalszy ciąg …