Gdy wysiądę z mego pociągu …

Gdy wysiądę z mego pociągu , w którym tak długa podróż zaliczyłem

Nic już nie będzie takie same , takie swojskie , takie bliskie

A stanie się takie odległe , zapomniane i niedostępne

I tak już zostanie , nawet owoce jabłoni tego nie zmienią .

 

Nawet smak jabłek , skórki , czy pestek nie da smaku lata , czy wiosny

Na cóż wpatrywać się w dal , w słońce , w niebo

Skoro ciemne chmury przysłaniają wszystko , nawet słońce

Nic nie zwróci blasku , nic nie odda już tego co było , nic nie przywróci tego co było .

 

Więc po co się starać ? Nadwyrężać siły , siebie samego

Nic nie zmieni się , nawet ja sam , nawet ptaki już nie wrócą te które odleciały na południe

Rok i wcześniej temu , po co marzyć , mieć nadzieję i tak nic się nie odmieni

Na cóż wypatrywać ? Na cóż rozglądać się skąd może nadejść dobro .

 

Wszystko już było , najlepsze odeszło i nie wróci , przecie nic nie dzieje się dwa razy

Nic nie powtarza się , nigdy nie wraca , lepiej stać się jak słup soli , jak beczka pusta

Co byś do niej nie wlał , nie włożył , ona sama w sobie się nie zmieni

Pozostanie zawsze bezowocna i pusta , tylko echo pozostanie , tylko świst przy uchu .

 

Jedynie może zmienić zapach , kolor , tylko sęki się bardziej uwidocznią

Już młodego wina w nie nie wlejesz , jedynie na kapustę się nadaje

Skrzypi stara bania , turlają ją , odstawiają na bok , zakurzona stoi

I w blasku słońca nigdy już skąpana nie będzie , zapomniana bania .

Wsiadam do pociągu …

Wsiadam do pociągu

Nie ma szyb , nie ma drzwi

Wszystko na głucho zamknięte

Mimo tego wszędzie widno .

 

Mimo tego wszędzie jasno

Nie ma lamp

Nie ma ognia

Jakby słońce było wszędzie .

Wjeżdżamy pociągiem w góry

Na najwyższych szczytach zalega śnieg

Słońce przez szyby ogrzewa

W dzbanie czaj , a na stole chleb .

 

Nic sobie nie robi natura z maszyn

Ona pracuje swoim rytmem

Swoimi porami roku

Z wolna nabiera tempa wiosna .

A ja , rozdrażniony biegłem jej na przeciw .

A ja , rozdrażniony

Biegłem jej na przeciw

Na przeciw skałom , wyłomom

Na przeciw nieznanemu .

 

Biegłem i nie przestawałem

Biegłem i gromiłem me myśli

By nie pozwolić zapomnieć o sobie

By podążać szlakiem do celu .

 

Nic bardziej nie kochałem

Niczego bardziej nie pragnąłem

To co mi przyświeca całe życie

Co mnie popycha , by tam dojść .

 

Na cóż mam zwalniać ?

Na cóż zbaczać i zapomnieć ?

Czy też dobiec nie mam ?

Czyż nie czekać mam ? Tam mój skarb , moja ziemia !

 

* tytuł wpisu zaczerpnąłem ze słów książki ” Ultra Maratończyk ” Deana Karnazesa .

 

 

Pozbierać i posklejać rozbity dzban !

Rozsypał się w drobny mak

W tysiące kawałków się ułożył

Tak , sypło się moje życie

Mój ogród , mój dom , mój czas .

 

Drobinki wbijają się w moje dłonie

Drobne jakby nakłucia , akupunktura ? hm

Wyciągam je z traw , palcami oram ziemię

Zbieram wszystko w jeden kosz .

 

Jeszcze nie jest nazbyt ciężki

Nazbyt nie jest wielki

Taki z wikliny upleciony

Jakby to moje życie było tak silnie splecione !

 

Nie puszczę z rąk mego kosza

Choć w kawałki rozsypane

Choć nie dane mi wrócić do domu

Choć opluwają me skronie , sądzą mnie .

 

Nic to nie znaczy , nic to , nie nazbyt głębokie rany

Muszę się zebrać i ruszyć w drogę

Mam jednego przewodnika

Jednego Pana , Jemu ufam i się nie zawiodę !!!

Wędrowiec .

Było zimno , deszcz zacinał drobny , ale na tyle intensywnie , że przemoczył i tak grube bardzo palto naszego wędrowcy . Dookoła ciemno , noc na niebie , chmury ciemne , gwiazdy migoczą w oddali i księżyc zaczyna pojawiać się na skłonie nieba . Nasz wędrowiec trzęsie się z zimna , nawet skarpety ma mokre . a na butach ciężar wielki tworzą krople deszczu .  Mimo tego , że nasiąknięty , przesiąknięty do szpiku maszeruje ; zapewne dużo wolniej . Mimo tego on tego nie czuje . Jedynie , gdy rękawem przetrze twarz czuje ciężkość ruchów . I tak skąpany szuka odpoczynku , schronienia . Na razie nie może dostrzec żadnego azylu . Brnie w tym błocie , a błoto jak klej się lepi do podeszw . Tak , to jest jedyna melodia jakiej doznaje , ona mu rytmem piechura . Gdy zza zakrętu dostrzega wieś pojawia się nadzieja na odpoczynek i może jakiś obrzynek . Rozgląda się skupiony , by go kto nie dostrzegł i nie spłoszył . Na końcu wsi zauważył mały bardzo stary domek , a tam obok szopa mała . Gdy tam się wgramolił , ulokował się w kącie , znalazł trochę starych szmat i wtulił się w nie . Jeszcze wcześniej rozglądał się za czymś na ząb , ale nic nie znalazł i tak choć to jego nie pierwsza noc bez prowiantu , ułożył się na wpół siedząc i zasnął .

Obudził go ziąb ziejący ze szpar w ścianach . Ledwo co prostuje dłonie i ramiona , patrzy a przy jego boku strawa , twaróg , czaj i chleb . Pierw rozejrzał się w około i przyglądał się przez szpary na zewnątrz , a tam cisza i nima nikogo . Wziął się za pałaaszowanie . Gdy tak objadł się przetarł dłonią gębę swą i uśmiechnął się . Napełniony i weselszy przyłożył łeb swój do szmat i ponownie zasnął .

Przerażony , zerwał się choć lekko chwiejąc na nogi , gdyż siedziała starucha przy nim gdy on spał .

- Czego się lękasz człowiecze ? Spytała starucha .

- Cóżeś za jedna ?

- Ty mnie pytasz ktom ja ? Przecie Ty w mej szopie śpisz . Odpowiedziała gospodyni .

Wędrowiec , oprzytomniawszy z trudem zaczął się tłumaczyć .

- Jam nie , nie chciał nic , tylko kąta trochę . Zaraz sobie pójdę …

-Widzę , żeś płochliwy człek . Ja Cie przecie nie wyganiam na ten ziąb i deszcz . Wejdź no proszę do mej sieni , a tam ciepły piec i skwarek ciepłych odgrzeję .

 

* czekaj proszę na dalszy ciąg …

” Nadaj imię swojemu dziecku „.

Nadaj imię swojemu dziecku

Choć Go nigdy nie poznałaś

Choć nigdy nie mówiło do Ciebie

Choć nigdy nie płakało .

 

Choć Go nigdy nie widziałaś

Ono tak tęskni za Tobą Mamo

Ono chce Ci powiedzieć :

” Chcę mieć imię jak każde inne dziecko , mogłabyś się do mnie zwracać po imieniu Mamo .”

 

Wyrwać się z sideł ptaszników !!!

Jak tu się wyrwać ?

Jak uciec i nie dać się więcej omotać ?

Jak nie pozwolić się złapać , jak ?

Ominąć tę sieć , tę pułapkę ?

 

Na cóż mam znów w nią wchodzić , na cóż !

Czy drogi lepszej nie mam ?

Czy oczy moje ślepną ?

Czy chcę znów tam być , udręczony .

 

Cel jest jasny , droga prosta .

Droga po plaży , gonić fale i uciekać przed nią .

Nie dać się złapać , nie dać zmoczyć spodni .

Biec , nie zatrzymując się , trwać w ruchu do końca .

 

Pozwolić się prowadzić tej sile , wewnętrznej czystej sile

Która to wszystko sprawia i przypomina , że masz ją w sobie

Ona pozwala Tobie biec i nie zatrzymywać się

Ona pozwala przełamać ten mur , ten zbudowaną przez Ciebie ścianę .

 

Nie pozwól zabić w sobie siebie , nie pozwól !!!

Nie daj jej wygrać ! Nie zapominaj po co tu jesteś !?

Przebycie jej , jest jak krok , jak cios który wyprowadzasz przed siebie

Dla siebie , dla swej swobody i dla innych .

 

Nie pozwól by ona była silniejsza od Ciebie ! Bo nie jest !!!

Nie wierz jej , ona Cię zwodzi , omamia .

Tylko w ten sposób może Ciebie oszukać , oszukiwać

Nie odbieraj sobie tej najlepszej cząstki : tego kim jesteś i po co jesteś !

Lepiej poczekam , bo może nareszcie się stanie nie tylko jeden cud .

Nigdzie nie pójdę tylko poczekam

Poczekam i nucić będę tę słabą melodię

Głos się zawiesza , jakby łamie

Przeciągam tylko rytmy , przeciągam .

 

To nic ! To nic , że słabo wychodzi takt

Popłyniemy wraz , zanurzeni , skąpani słowami

Gestami nadrabiamy , czego nam brakuje ?

Co jeszcze doskwiera ? Co boli ?

 

To nic , że jeszcze boli , rany się bliźnią

Z drzew opada kora , a ze zbocza ziemia do rzeki

Mimo , że mętna się staje przez to rzeka

To nic , ważne że ona płynie i płynie .

 

Oczyszcza się sama , niczego nie potrzebuje

Nim wpłynie do morza , nim dotrze do celu

To i tak ciągle trwa i się zmienia ze słodkiej w słoną

I staje się rzec by można : ” solą ziemi ” .

Dużo łatwiej powiedzieć nie wierzę i w to uwierzyć .

Łatwiej jest mi powiedzieć : ” nie wierzę ”

I jak łatwo jest w to uwierzyć !

Ile lat można wierzyć i czekać na zmianę ?

Ile czasu w poduszce pogrążonych ?

 

Jeśli wszystko idzie w dół

A Ty razem z tym

Suniesz i nie ma o co się złapać

Nie ma przystanku , nie ma oddechu .

 

Nic nie może Cię cieszyć

Nic , nawet brak promienia słońca

Brak otuchy w sercu

Brak nadziei , brak wszystkiego .

 

Tracisz to co masz , to co miałeś

Nic już nie będzie takie jak było

Nie powrócisz do domu

Nie powrócisz do tych dobrych oddechów .

 

Nie ma ciepła , tylko lód i chłód

Gdzie te rękawice ciepłe , gdzie czapki ciepłe ?

Gdzie to wszystko znikło , wszystko co było otuchą ?

Nie ma ochrony dla twarzy i rąk , nie ma ognia .

 

Wszystko zgasło , wszystko wygasło , nie ma nawet żaru

Nawet nie dostrzegasz paleniska

Dookoła ciemno , ciemność i idziesz przed siebie bez celu

Szukasz wewnątrz tego czegoś , a tam pustka , beznadzieja .

Tonę , lód pęka pod moimi rękoma .

Tonę ,a  lód pęka pod uderzeniami moich rąk

A kry rozchodzą się na boki i ciągle walę w te tafle

I co chwila zanurzam się pod wodą , łapię hausty wody do ust

Nie daję rady wciągnąć się na lód , na ląd .

 

Brzeg daleko , ziemia daleko , światła gasnął i nie ma już nic

Nie ma , choć tak bardzo bym chciał , bym chciał

Dopłynąć do brzegu , do domu

Pamiętam , że pod stopami są rośliny i moja działka .

 

Moja ukochana ziemia , mój dom rodzinny

Nasze ogrody , sady i pola z łąkami złączone

Tu tyle czasu byliśmy , bawiliśmy się , my mali młodzi ludzie

Mali , choć złączeni z innymi , rozbawieni na nowo odkrywaliśmy zaspy .

 

Nic nie było nie do otwarcia , poznania

A teraz tonę i znikąd pomocy , ratunku

Gdzie jesteście przyjaciele dzieciństwa , młodości , rodzeństwo ?

Gdzie się rozpierzchliście , dokąd podążyliście , czemu zapomnieliście ?

 

 

Nie wiem skąd nadejdzie pomoc , pomocna dłoń

Gdzie jesteś mój Przyjacielu ? Gdzie ?

Nie mogę Cię odnaleźć , dostrzec

Daj znać , podnieś głos , zawołaj , głośno zawołaj !

 

Pamiętam też , że pod stopami truskawki , pamiętam je rozkwitnięte

Pełne pąków białych na zielonych listkach

Jakby woda nimi falowała , układała je swymi muśnięciami

Chyba do nich nie trafię pod taflami lodu , pod krą .

 

Pozwól się usłyszeć Przyjacielu , pozwól , niech nie odejdę bez Ciebie

Pomóż bo sam już nie dam rady , bo przygniotą mnie te wody , ciężary

Wyciągnij swe ramię , swą mocną rękę , podaj swe skrzydła

Lub wyślij swych Aniołów , by mnie uratowały , by pomogły …